 "Carmen"
Na początku był chaos. Chaos - moich myśli. Te myśli... prześcigały się w swoim powstawaniu, zastępując jedna - drugą... jakby rywalizowały pomiędzy sobą o to, która z nich jest lepsza. Był listopad poprzedniego roku. Stałam przed sztalugą, na której było czyste płótno. Zamknęłam oczy...- wyciągając dłonie do tego płótna... przed siebie... I dłonie spoczęły na płótnie... lekko przesuwając się po jego tafli - jakby próbowały znaleźć kontury czegoś, co miało na nim powstać. Wędrowały po materiale, jak byłoby rzeźbą- czerpiąc z niego surowość, czystość, biel..., które odbijały się na mojej twarzy...- wdzierając się w nią. W pewnym momencie, z chaosu wyłoniła się jedna z tych myśli. Wzięłam do ręki pędzel, tubkę farby - w kolorze czerwieni o nazwie - cadmium red. Wycisnęłam dużą ilość tej czerwieni... i okrywałam nią płótno. Wówczas pomyślałam, że nadam temu płótnu - charakter wina. Znakomitego wina. Dwie godziny później - przyprószyłam tą czerwień - czernią, która wbijała się w czystość cadmium red - nadając jej smak i moc... tego wina. Żeby nadać klarowności, doskonałości - temu tłu zatarłam delikatnymi pociągnięciami pędzla - granice - pomiędzy - czernią... a czerwienią. Następnego dnia... - wyłoniła się z tła - twarz kobiety, która z każdym dotknięciem pędzla - umoczonego we wszystkich odcieniach jesieni - stawała się jakby... wyryta na tym płótnie. I pomyślałam wówczas, że będzie to kobieta bardzo silna... ale - jednocześnie słaba, cierpiąca. Piękna - ale wyrafinowana. Kobieta nie mająca w sobie za grosz pokory - dzika, niedostępna, nieujarzmiona - obca - a jednocześnie bliska, znajoma - jak rzeka. Dałam jej kruczo - czarne włosy, długą szyję, twarz pociągłą z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Następnej nocy, podarowałam jej usta - delikatnie wykrzywione w grymasie kaprysu, niezadowolenia, duże brązowe oczy - żeby mogła wyrazić nimi to, co czuje..., brwi - mocno zarysowane, z pomiędzy których - wyłaniała się zmarszczka, nadająca twarzy tej kobiety - dostojność, wyniosłość... Tej samej nocy - nad ranem - podarowałam jej imię - Carmen. Zasnęłam.
Carmen. Carmen ... była jak najlepszy tytoń. Tytoń - na który nie każdy może sobie pozwolić. Kiedyś, spróbowałam takiego tytoniu, jego smaku - jak smakuje? Jest inny - wyjątkowy... smakuje jak coś, czego kosztuje się pierwszy raz. Pochłaniałam jego zapach, aromat, dym, smak... Delektowałam się nim - upajałam, rozkoszowałam, syciłam - żeby zapamiętać czym jest. Jak smakuje... Czasami oczami wyobraźni - widziałam ją - Carmen - siedzącą w kawiarence..., pijącą herbatę. Paliła papierosa. Wtedy była jak...najlepsze wino. Wino - nabierające z upływem lat... - cech najszlachetniejszego trunku - jego mocy, czystości, przejrzystości i doskonałości. Im starsze - tym bardziej swoiste, charakterystyczne, harmonijne, wyśmienite - pod względem aromatu, wyglądu, smaku - jedyne. I Carmen - była jak to wino. Któregoś dnia... wyobraziłam sobie, że podchodzę do niej. Przyglądam się z bliska jej twarzy. Wówczas, zobaczyłam w niej - ostrość. Dostrzegłam zgryźliwość... połączoną z pewnego rodzaju arogancją. Zauważyłam - brak pokory w stosunku do wszystkiego, co otaczało ją. I pomyślałam , że Carmen jest jak esencja najmocniejszej herbaty - gorzka, cierpka... z dużą dozą goryczki. Esencja, którą gdy posłodzisz - zmienia smak, staje się lepsza. Czego brakowało Carmen, że było w niej aż tyle goryczy ? Następnego dnia - dojrzałam w niej piękno, w które wdzierało się zimno... Zimno - połączone z wyrafinowaniem i odrobiną niedostępności. Jakby była posągiem, rzeźbą, zjawiskiem... Tak wtedy wyglądała. Znów zaczęłam myśleć nad tym - co ukrywa się pod maską tego jakże wyrafinowanego piękna. Rzeźby... są przecież kruche, delikatne. Wyglądają tylko na bardzo twarde, niezniszczalne... Wzbudzają w człowieku respekt... - strach połączony z szacunkiem. Rzeźby są zbyt piękne, ale i zbyt zimne, by dotknąć je. By... dotykiem poczuć ich piękno... i chłód. Niewielu ludzi próbuje dotknąć rzeźbę. Niewielu, odważy się zakosztować takiej kobiety - jaką jest - Carmen. Na rzeźby, człowiek patrzy... delektując się ich widokiem..., kunsztem - z jakim stworzyły je ręce artysty. Takim widokiem... - człowiek delektuje się jak... tytoniem i winem. Pamiętam dzień... - kiedy w mojej wyobraźni - Carmen - szła deszczową ulicą. Krople deszczu spływały po jej twarzy... - rzeźbiąc ją, nadając formę - jak ręce rzeźbiarza - nadają formę... glinie, kamieniowi... Obcasami rytmicznie stukała o chodnik. Dźwięk ten - rozpływał się w deszczu, mieszał się z dymem papierosowym - wydobywającym się z jej ust... i z papierosa... trzymanego w delikatnej dłoni. Tego dnia - była jak źdźbło trawy - delikatna, malownicza, wykwintna... - ale jak bardzo krucha, słaba i ulotna. Przypominała mi także ziemię. Dlaczego? - Z ziemi... - wyrastają rośliny. Z wnętrza Carmen - wyrastały uczucia, których odbiciem był wyraz jej twarzy. Te dobre - były jak kwiaty. Te złe - stawały się chwastami, których nie można wytępić. Tak jak chwasty - niszczą kwiaty... - tak złe uczucia... niszczyły to, co było w niej dobre. Z upływem czasu... - stała się jak nadmiar dymu z cygara - dymu, którym delektujesz się, który pochłaniasz... - który obserwujesz - unoszący się w powietrzu, tworzący wijącą się mgłę... - ale po pewnym czasie, ten dym - jest męczący dla całego otoczenia. Zaczyna dusić, gdy zapachu spalonego cygarowego tytoniu - jest za dużo... Wtedy ten dym - piecze w oczy - jak wyrafinowanie Carmen. Widziałam ją kiedyś... - słuchała Milesa Davisa. Później... była w mojej pracowni - chodziła po niej - paląc papierosa. Chodziła... ,stąpała - jak kot – wolno, majestatycznie, dumnie... Później...- później położyła się na łóżku i jak kot - uwodziła otoczenie swoimi ruchami. Miała wtedy wpięty kwiat - we włosy... kruczo-czarne włosy. Tej nocy - ubrana była tylko w ten kwiat ... Kilka miesięcy później... - wyobraziłam sobie, jak by to było kilka lat później. Zobaczyłam Carmen z jakimś mężczyzną. Siedzieli w kuchni. Na środku kuchni - stał stary, drewniany stół ,który Carmen - przykryła płachtą obrusu w kolorze miłości. Przy stole... - dwa krzesła - jedno dla niego..., to drugie - dla niej. On... palił cygaro. Carmen - siedziała obok niego - skulona, potulna, pokorna, posłuszna... Krucha, wątła, nietrwała, niepewna... Płakała...
Jakiś czas temu, postanowiłam opisać, scharakteryzować Carmen, która powstała w mojej wyobraźni, którą namalowałam na kilku obrazach. Niektóre motywy zaczerpnęłam z opery G. Bizeta „ Carmen”, która zawsze fascynowała mnie i dzięki której mogłam wyobrazić sobie „ moją” Carmen. Napisałam więc wiersze, będące pewnego rodzaju opisem obrazów, namalowanych przeze mnie – opisem Carmen. (fragment)
Przykładowe wiersze:
18 Sierpnia 2003 roku.
Carmen. Carmen, kobieta niepokorna... Otulona, jak męską dłonią... Kołnierzem z lisa.. Carmen, patrząca z pogardą. Wyrafinowaniem. Strachem. Na zewnątrz zimna... Niedostępna. Zbyt piękna... By dotknąć ją... Spróbować. By się nią delektować. Od wewnątrz - zagubiona. Nieśmiała. Kochająca... Matka, żona... Twoja kochanka. Spragniona... Spokoju. Ciepła. Wczoraj płakała... Ty... ty... nie widziałeś tego... Bałeś się na nią spojrzeć. Patrzeć. Dotknąć . Zauważyć. A ona... Carmen, tak bardzo Cię potrzebowała... Pomimo... że jest silna.
18 Sierpnia 2003 roku.
Siedzieli w kuchni, przy stole. Stół, czerwonym obrusem przykryty... na obrusie kilka jabłek, Które dla Niego , Carmen w sadzie zebrała. Obok popielniczka... On... On często palił cygara.. Przy stole dwa drewniane krzesła... To pierwsze - dla Niego... To drugie dla niej... Za nimi... czerwona, teatralna kotara... Jak byliby na scenie. Carmen... skulona, płacząca... schylona... obok niego siedziała. Kościstymi rękoma... twarz zakrywała... On... On dumny, chociaż lekko wystraszony... Siedział obok, przy stole... cygaro palił... Ona płakała... On głosu z siebie nie wydobywał...- tylko dym... Jakby... siedząc przy stole spali... zastygli w tej goryczy... Tylko, zapach cygara... wokół nich... wił się.. jak kłęby chmur.
27 Sierpnia 2003 roku.
Tego dnia... W jej oczach... był ogień. Na jej twarzy pogarda. Szyję, miała wygiętą... Jak łabędź... Rękę do góry uniosła... chwytając nóż.. z tamtego stołu... ubrana w czerwoną suknię... zlewała się z teatralną kotarą, zza której... wychyliła się nagle... i tak została... zastygła w bezruchu... jak posąg, rzeźba... jak lawa... by za chwilę... zadać cios... tamtej kobiecie... kalecząc jej nagą szyję... nożem.
19 Sierpnia 2003 roku.
Przechyliła głowę do tyłu... Ugodzona w szyję nożem... przez... Carmen. Na jej twarzy była gorycz, ból... cierpienie... połączone z pewnego rodzaju wyrafinowaniem. Zastygła w bezruchu, jak posąg... Rzeźba... Jak... źdźbło... źdźbło - zasuszonej trawy... w tamtym wazonie... widzisz ?! Milczała, a mówili, że krzyczy... Czy krzyk duszy można usłyszeć ?!
Przykładowe obrazy: |